O tym jak poznałem Safvet-bega Bašagića...


Często miewam tak – zwłaszcza oddając się moim cmentarnianym pasjom – że kiedy szukam informacji o ludziach z przeszłości, to nagle w moim życiu mają miejsce podejrzanie dziwne, tylko teoretycznie być może, przypadki. To seria zdarzeń, które powodują, że w najdziwniejszych miejscach i o różnym czasie znajduję szereg informacji na temat poszukiwanej osoby. Zazwyczaj zdarza się to wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewam. Oczywiście łatwiej byłoby wykorzystać wehikuł czasu, ale składa się akurat tak, że chwilowo nie mam żadnego wolnego na stanie. O tych przypadkach, niby-przypadkach, mówi się, że są to tzw. „małe cuda”. W cuda średnio wierzę, a może i nie wierzę w ogóle, jednak w takich chwilach powątpiewam we własne zwątpienie.

Mój mały sarajewski cud wydarzył się dokładnie 13 lipca br. Po stosunkowo późnym śniadaniu wyszliśmy zwiedzać Sarajewo. Już zawsze to miasto będzie kojarzyło mi się z zapachem piżma (przypominam, że jest to wydzielina z gruczołu piżmowca syberyjskiego i zupełnie nie wiem dlaczego tak oszałamia – a może właśnie zaczynam rozumieć samice tego gatunku na rykowisku). Będzie kojarzyło się również z postacią, którą musiałem spotkać już za drzwiami kwatery chociaż nie mogłem jej zobaczyć. Udaliśmy się na starówkę, i deptakiem, jak po sznureczku od razu do meczetu Gazi-Husrev Bega. Obeszliśmy meczet wokoło, opiliśmy się cudownie zimnej wody z miejscowej studzienki, potem opiliśmy się raz jeszcze, no i obowiązkowo obfotografowałem wyeksponowane groby, jak sądziłem, zasłużonych muzułmańskich kapłanów. Jeden z nich szczególnie zwrócił moją uwagę. Zdawało się, że był to ostatni pochówek dokonany na tym specjalnym miejscu. Nie różnił się zbytnio od innych, ale dziwnie przyciągał.


Dopiero później miało okazać się, że spoczywali tam nie tylko kapłani. Przemierzyliśmy urokliwymi maleńkimi uliczkami suk, na którym ze wszystkich miniaturowych warsztacików rozbrzmiewało uderzanie w metalowe talerzyki, kubki, miseczki, na których rzemieślnicy wkuwali pamiątkowe wzory. Obeszliśmy wokoło dawny ratusz i zupełnie niepozorną i niestety brzydką ulicą poszliśmy z powrotem do centrum. Po kilkudziesięciu metrach wędrówki ta ulicą, moje czujne oko w jednej z bocznych uliczek wypatrzyło budkę ze starociami. Niepozorna budka z witrynami, na stopniu siedzące około dwudziestoletnie dziewczę – absolutnie nie mające nic wspólnego z polskim typem handlarza starociami – a na zewnątrz kartonik z fotografiami z różnych epok. Moją uwagę przykuła fotografia rodzinna z początku XX wieku, a pod nią fotografie oficerów już z czasów po Ii wojnie światowej. Miałem nawet ochotę zakupić tę rodzinę, aby mieć pamiątkę z Sarajewa, jednak stwierdziłem, że w środku budki może kryć się coś ciekawszego. Tak też i było. Więcej kartoników z fotografiami. Specjalnie nie chciało mi się ich wszystkich przeglądać, ale znowu wzrok mój przykuły dwie fotografie z początku, jak sądzę XX wieku, na których widnieli w szeregu ułani austro-węgierscy. Sygnatura i herb na kartonikach, do których przyklejone były fotografie informowały, że wykonał je nadworny fotograf cesarski w Wiedniu. Już miałem brać te fotografie, kiedy spod nich wyjrzała na kolejnej fotografii przystojna twarz człowieka w fezie. Jegomość ubrany na niej jest raczej elegancko, nosi podkręcony wąs, a z jego ciemnych oczu bije spokój i życiowa mądrość, biała mucha pod szyją, a na marynarce gwiazda orderu. Całość, zwłaszcza fez, powoduje, że człowiek ma wrażenie, iż fotografia oddaje ducha Bośni i Hercegowiny z czasów monarchii austro-węgierskiej. Stwierdziłem, że taka pamiątka będzie najbardziej adekwatna, bo to wymieszanie europejskości i tureckości na tej jednej fotografii, odpowiada doskonałe i współczesnemu klimatowi miasta. Sygnatura na kartoniku fotografii wskazywała, że wykonał je w mieście Sarajewie fotograf Heinrich Fӓrber z Sarajewa, którego atelier mieściło się pod adresem Appelquai 2.

Natychmiast zdecydowałem się odłożyć ułanów cesarskich, a wziąłem Jegomościa. Zapłaciłem za niego 10 dinarów, otrzymałem oczywiście foliówkę i wyszedłem. Dopiero na ulicy zorientowałem się, że na odwrocie widnieje napis wykonany cyrylicą: Beg Bašagić, drugi czcionką łacińską: Safvet-beg Bašagić. Pomyślałem sobie ‘o, fajnie! wiem nawet jak nazywał się facet z fotki’. Zadowolony z zakupu poszedłem dalej. Łaziliśmy po mieście do późnego popołudnia i kiedy ponownie przemierzaliśmy uliczki Sarajewskiej starówki, na jednej z kamienic odczytaliśmy tablice poświęconą bohaterskim obrońcom miasta pomordowanym przez serbskich złoczyńców (dosłownie taki napis na niej widniał), ale zaraz nad nią widniała kolejna. Tym razem informowała ona, że jest to szkoła – i teraz uwaga! – im. Safvet-bega Bašagića!!!

Cholera! Jak to? Znaczy się, że kupiłem fotkę gościa, którego imieniem nazwano szkołę? Ale fotka jest stara! Z epoki! Więc to nie jest pamiątkowa pocztówka, którą w sumie trochę tak potraktowałem! Na kwaterze odpaliliśmy internet i zaczęliśmy googlować. Znaleźliśmy! Chociaż sądziłem, że może go nie być na Wikipedii, bo stawiałem, że jest to jakaś lokalna persona. Safvet-beg Bašagić okazał się być bośniackim historykiem, pisarzem, poetą, a nawet politykiem. Zbierał legendy i historie z dziejów Bośni, spisywał i publikował, był wielkim propagatorem kultury, historii Bośni, jak i orędownikiem tożsamości narodowej Bośniaków. Ten urodzony w 1870 roku bośniacki muzułmanin w 1910 roku został z racji swych zasługi popularności wybrany przewodniczącym parlamentu Bośni w ramach monarchii austro-węgierskiej. Zmarł w 1934 roku i pochowany został właśnie przy meczecie Gazi-Husrev Bega. Pośród fotek w biogramie widniała fotografia jego grobu. Kiedy ją zobaczyłem, zmroziło mnie, bo był to grób, który fotografowałem rano, nie wiedząc jeszcze nic o Safvecie, a który to grób – podkreślam – niczym specjalnie nie różniący się od innych, przyciągał moją uwagę. W tej chwili zyskałem pewność, że już rano, Safvet-beg Bašagić postanowił pokazać mi swoje ukochane miasto,  kierował moimi krokami uliczkami pachnącego piżmem Sarajewa tak, abym mógł poznać jego, jego historię i jak najwięcej historii stolicy Bośni. Zbyt wiele zbiegów okoliczności, jak na jeden dzień!

 

Komentarze