Bałkański trip...
10 lipca 2017 r., Warszawa.
Autobus linii 175 wiezie mnie na Okęcie, czy jak kto woli Lotnisko im. F. Chopina. Na Bałkany jeszcze bardziej daleko, ale zaczynając podsłuchiwać - oczywiście mimo woli - rozmowę toczącą się pomiędzy trzema starszymi paniami odnoszę wrażenie, że mentalnie jestem już gdzieś na Bałkanach. Względnie w XVI-wiecznej Moskwie za Iwana Groźnego. Panie okazują się być entuzjastkami miesięcznic smoleńskich. Najpierw panie wymieniają się wrażeniami z wydarzeń miesięcznicowych. Dalej rozmowa toczy się o wierze i w mniemaniu tychże pań również o sensie wiary i jej istocie. Jedna z pań - na oko najstarsza - opowiada, że rozmawiała ostatnio z młodą dziewczyną, która straciła wiarę. Dlaczego? Ano, dlatego, że ksiądz zażądał na mszę za zmarłego nie mniej niż 50 zł! Tutaj pani wyraźnie unosi głos, a ja zaczynam podejrzewać, że jednak zbeszta księdza za tę kwotę, ale po chwili okazuje się, że dostaje się dziewczynie, a nie księdzu. Wszystkie trzy harpie wybuchają świętym oburzeniem i niemal czuję na plecach, jak ogień niebieski tegoż gniewu bijąc od staruszek spala mi t-shirt. W najlepsze zaczynają kpić z tego, jak można za 50 zł stracić wiarę.
- Cóż to musiała być za wiara? - rzuca jedna.
- Jak można za 50 zł stracić wiarę? - dopytuje retorycznie druga.
- Tak, wyobraźcie sobie panie, że tak powiedziała! - potwierdzając wykrzykuje opowiadająca.
W końcu najbardziej gorliwa z nich, ta która powątpiewała najbardziej w jakość i siłę wiary młodej dziewczyny, jako pierwsza, zabiera głos. Ja oczyma wyobraźni widzę, jak źrenice jej oczu robią się ogniście czerwone, z kącików ust sączy się jad, a ona cała zamienia się w Panią Carmody graną przez Marcię Gay Harden w horrorze "Mgła".
- Kiedyś nadejdzie na tę młodą moment, kiedy pozna co to wiara! Kiedy przyjdzie na nią cierpienie, wielkie cierpienie! - słowo 'cierpienie' staruszka odpowiednio akcentuje, a musi być ono rzecz jasna wielkie, bo przecież małe cierpienie, typu ból głowy, na pewno nie jest wystarczające, aby poznać siłę i cudowną moc wiary. Wszak w naszej kulturze wyłącznie przez ogromne cierpienie można poznać prawdziwą wiarę, jej sens, istotę i prawdę o niej. Enjoy!
Autobus zwalania, najstarsza pani przygotowuje się do wyjścia.
- A wieczorem w katedrze będzie? - pyta jedna z dwóch pozostałych.
- Niestety nie, nie dam rady - odpowiada najstarsza.
- Ale oglądaj w telewizji! - rzuca kolejna.
- O, to tak! Z Bogiem! - błogosławi koleżanki najstarsza i ulatnia się z autobusu, a ja mam wrażenie, że czuję zapach siarki ;)
10 lipca 2017 r., Belgrad
Za wyśmiewanie się z wyśmiewania się z wiary trafiłem zamiast na wakacje prosto do piekła. Temperatura 36° C w pełnym słońcu. To ponoć rekord tego lata, który ma zostać pobity już jutro. Jutro ma być 40°, zatem chyba na całego rozewrą się wrota piekieł, a ja zacznę skwierczeć, jak karkówka na grillu. Miasto nie zachwyca, trochę europejskie, trochę już nieco śródziemnomorskie, ale ogólnie szare, brudne i gdyby posiedzieć tutaj tydzień, to pewnikiem można by umrzeć z nudów. Wszędobylskie uwielbienie do Mateczki Rosji kłuje po oczach - mam ochotę chodzić z zamkniętymi. Ale nie mogę, bo tutaj jeździ się, jak w Neapolu, albo na Sycylii - względnie tak, jak moim zdaniem mój szwagier po rondach w Szczecinie - czyli jak się chce i to jest piękne. Uliczka na starówce, dziewczyna zatrzymuje się na środku, pisze smsa, potem poprawia włosy i na spokojnie odjeżdża. Absurdalne uczucie, kiedy kupuje się butelkę zimnej wody z lodówki w klimatyzowanym sklepie, wychodzi się na ulicę, uchodzi kawałek i po chwili czuje się, jak marznie dłoń, mimo że ciało płonie i spływa potem...
11 lipca 2017 r., Belgrad
Zdaje się, że Serbowie nie mają kompleksów historycznych, a tym bardziej nie mają z nią problemów. Niczego nie tuszują i niczego chyba nie próbują tłumaczyć. Było, jak było i pamiątki po tym muszą być. Koszulki, kubki i magnesy z Marszałkiem Tito, Muzeum Historii Jugosławii, Stadion Gwiazdy Czerwonej, ulica Gavrilo Principa, a wszystko to okraszone szeregiem ulic z imionami carów, caryc, królów, królowych, książąt i księżnych, ludzi z czasów monarchii, jak i względnego socjalizmu. A na dokładkę Mateczka Rosja w 2015 roku funduje w samym sercu Belgradu, niemal przed Pałacem Prezydenckim pomnik ostatniego cara Rosji, Mikołaja II Romanowa i nie przeszkadza to wcale znajdującemu się w niedalekiej odległości Placowi Republiki, na którym stoi zresztą konny pomnik księcia Michała Obrenovića.
11 lipca 2017 r., Belgrad, wieczór
Autentycznie tutaj jeździ się tak, jak tylko się chce. Serbowie zawracają, gdzie chcą i kiedy chcą, parkują podobnie. Wielkie rondo na Placu Slavija - wjeżdża kto pierwszy ten lepszy i tak samo po nim jeździ, identycznie zjeżdża się z tego ronda, totalna samowolka i wolna amerykanka. Można też jechać mercem z maltańczykiem na kolanach wystawionym przez okno i przejechać na czerwonym świetle, bo przecież nic na takim rondzie na pewno nie wjedzie prosto w nas. Zaskakuje stosunkowo duża liczba bardzo wysokich ludzi. Może tylko mnie rzuciło się to w oczy, ale tylko dzisiaj spotkałem z siedem osób, które spokojnie miały ze dwa metry z hakiem wzrostu. A poza tym, to Serbowie mogliby spokojnie udawać Polaków i żadnej różnicy nikt by nie zauważył. No, chyba że mowa o tych z ciemniejszą karnacją. Zdaje się, że mieszkańcy Belgradu kochają foliowe jednorazówki. W sklepie kobieta przy kasie pakuje od razu wszystkie zakupy do foliówki, choćby była to pojedyncza butelka wody. Mam wrażenie, że z tik takami zrobiliby to samo.
Czy biedny to kraj, czy bogaty, trudno stwierdzić. Ale dość powiedzieć, że przed Akademią Sztuk Pięknych mają ławeczkę solarną z wejściem USB. Tadam!
Wszedłem do budki ze starociami. Koniec końców zakupiłem jedną fotografię, która moim zdaniem oddawała dawnego ducha Sarajewa przełomy XIX i XX wieku, jak również oddawać z powodzeniem może i obecnego ducha miasta. A jakże! Do starej fotografii otrzymałem foliówkę!
13 lipca 2017 r., Sarajewo, wieczór
Sarajewo nadal piżmowe. To bardzo urzekające, aż mierzi w nosie. Ale trzeba powiedzieć sobie to wprost - nie jest to miasto dla starych, otyłych, niepełnosprawnych ludzi. Dlaczego? Otóż, zielone światło na przejściu dla pieszych, to ledwo kilka, góra kilkanaście sekund. Staruszek przy Moście Łacińskim był w połowie wąskiej ulicy, kiedy światło zmieniło kolor na czerwony. Czteropasmówki za pierwszym podejściem nie ma szans pokonać.
14 lipca 2017 r., Dubrovnik
Mam dość gór na najbliższe lata. Nie wiem tylko na ile. Krowy po górach na całych Bałkanach łażą, jak tylko chcą i raczej nigdy nie poznały, co to łańcuch. Sprawę załatwia znak drogowy 'uwaga krowy' i pozamiatane, krowy mają się całkiem dobrze. Za to tego lata chyba wyginęły pod kołami wszystkie jeże w Bośni. Co i rusz na drodze widoczne są ich nienaturalnie płaskie ciałka, albo równie nienaturalnie rozdęte. Zależy, na której części drogi jeż leży. Brawury i ułańskiej fantazji, to do mieszkańców Bałkanów Polacy mogliby się uczyć. O ich szaleństwach na drodze świadczy całkiem spora liczba tablic pamiątkowych na poboczach.
14 lipca 2017 r., Dubrovnik
Miasto chyba zamieszkane jest przez samych Polaków. Tak jak w Belgradzie i Sarajewie nie spotkaliśmy ani jednego, tak tutaj co chwilę słyszy się mowę znad Wisły. Stare miasto urokliwe, ale rozczarowuje rozmiarem. Na filmach i fotosach wygląda na znacznie większe. Do starego miasta ze swojej kwatery mamy 2,5 km, niby niedużo. Mieszkamy w takiej dzielnicy, która kiedyś niewątpliwie była osobną wioską i kiedy najeźdźca w dawnych czasach ją atakował i zaczynał wyżynać w pień mieszkańców, to z kolei mieszkańcy Dubrovnika spokojnie zdążyli zapakować się na statki i wypłynąć w morze. No, chyba że najeźdźca atakował również z morza. To klops! Ktoś mi powiedział, że w Chorwacji żyją żółwie. No nie wiem, pewno w Dubrovniku nie ma co ich szukać, ale szukałem po drodze i na drodze, i nigdzie ich nie znalazłem. Może wyginęły pod kołami poprzedniego lata? W końcu żółw nieco wolniejszy od jeża, a i tym nie zostało oszczędzone. Komercja zżera dubrovnicką starówkę. Gra o Tron bierze wszystko! Na każdym kroku sklepiki i stragany z gadżetami z serialu, a miejscowi oferują zagorzałym fanom trasy wycieczkowe po starówce śladami ekipy filmowej.
Po powrocie do Podgoricy zainteresowaliśmy się naszą słabiutką Fabią. W dniu przyjazdu powiedziano nam, że trzeba wysłać smsa z numerem rejestracji na podany na znaku informującym o strefie parkowania numer. Tak uczyniliśmy. Powinniśmy dostać potwierdzenie smsem zwrotnym. Nic. Drugi raz. Nic. Dzwonimy na infolinię, a pan informuje nas radośnie, że z zagranicznego numeru tego nie zrobimy, nie ma takiej opcji. To co mamy zrobić? Parkować tam, gdzie stoimy, ale maksymalnie przez trzy godziny. A potem co? Przestawić w inne miejsce? Najlepiej tak. Ruszyliśmy do Biura Informacji Turystycznej, a tam na to pytanie, młody człowiek z uśmiechem na ustach odpowiedział, że nie ma się czym przejmować, nikt nikomu nic nie zrobi, bo tutaj nikt nie wysyła tych smsów i za miejsca nie płaci. Chwilo trwaj!
17 lipca 2017 r., Podgorica
Drugim ulubionym klawiszem, jaki kochają wciskać Czarnogórcy jest chyba klakson. Dźwięk klaksonów słychać niemal non stop i na każdym kroku. Podobnie, jak dźwięk cykad i wielu innych odgłosów miasta, ten dźwięk, gdyby nagle umilkł oznaczałby, że miasto wymarło, takie odnoszę wrażenie. Trąbi każdy na każdego i wszędzie. Wielkie rondo przy Capitol Plaza, jedynym dużym i nowoczesnym budynku w mieście, wewnętrzny pas, a po nim w oplu sunie kobieta. Nagle zauważa po przeciwległej stronie ronda na chodniku znajomego i zaczyna trąbić, jak oszalała. Nie ma znaczenia na co się trąbi i po co, chyba tylko po to, aby użyć klaksona. Dress code w bankach? Zapomnij! Panie na stanowiskach w kwiaciastych sukienkach, bluzkach bez rękawów, panowie w pasiastych polówkach, albo koszulach w kratę. Ludzie stoją w kolejkach tylko pozornie, bo jeśli zauważą, że kolejka obok posuwa się szybciej, to po prostu zmieniają miejsce, ale nie ustawiają się na końcu nowej kolejki, a legalnie i bez krzyków wchodzą w miejsce, które odpowiada staremu miejscu w poprzedniej kolejce. W Polsce NIE-DO-PO-MY-ŚLE-NIA!
18 lipca 2017 r., Belgrad
Ponownie w Belgradzie. Z sercem na dłoni oddawaliśmy Fabiuszkę - czy czasem do czegoś się nie przypną? Ale nie, wszystko było z nią ok. W końcu nie na darmo tak się o nią trząsłem w trasie i na każdym postoju. Zarobiłem przez nią mandat. Jedyne 25 euro, ale jednak. Oczywiście, że przez nią! Słaby silnik, to i bujnąć trzeba. W jednym radiowozie tuż za granicą serbską panowie policjanci wyglądali, jakby spali. Ale nie spali. Jakieś 300 m dalej, odebrawszy sygnał, z nieoznakowanej również skody wysiadł pan policjant i przysolił mandacik za przekroczenie dozwolonej prędkości o 16 km. Zabrał prawko, dokumenty auta, paszport po czym powiedział, że do banku zapłacić mandat mogę jechać autem :) To i pojechałem :) Jak pod górę nie mogła się wturlać, tak na prostej drodze na autostradzie tuż przed Belgradem, kiedy czuła, że jedzie do domu, szła pięknie, 140 km/h, aż sam się zdziwiłem! 1200 km za kółkiem! Nie zrobiłem tyle przez 17 lat odkąd mam prawo jazdy! :)
10 lipca 2017 r., Belgrad
Za wyśmiewanie się z wyśmiewania się z wiary trafiłem zamiast na wakacje prosto do piekła. Temperatura 36° C w pełnym słońcu. To ponoć rekord tego lata, który ma zostać pobity już jutro. Jutro ma być 40°, zatem chyba na całego rozewrą się wrota piekieł, a ja zacznę skwierczeć, jak karkówka na grillu. Miasto nie zachwyca, trochę europejskie, trochę już nieco śródziemnomorskie, ale ogólnie szare, brudne i gdyby posiedzieć tutaj tydzień, to pewnikiem można by umrzeć z nudów. Wszędobylskie uwielbienie do Mateczki Rosji kłuje po oczach - mam ochotę chodzić z zamkniętymi. Ale nie mogę, bo tutaj jeździ się, jak w Neapolu, albo na Sycylii - względnie tak, jak moim zdaniem mój szwagier po rondach w Szczecinie - czyli jak się chce i to jest piękne. Uliczka na starówce, dziewczyna zatrzymuje się na środku, pisze smsa, potem poprawia włosy i na spokojnie odjeżdża. Absurdalne uczucie, kiedy kupuje się butelkę zimnej wody z lodówki w klimatyzowanym sklepie, wychodzi się na ulicę, uchodzi kawałek i po chwili czuje się, jak marznie dłoń, mimo że ciało płonie i spływa potem...
11 lipca 2017 r., Belgrad
Zdaje się, że Serbowie nie mają kompleksów historycznych, a tym bardziej nie mają z nią problemów. Niczego nie tuszują i niczego chyba nie próbują tłumaczyć. Było, jak było i pamiątki po tym muszą być. Koszulki, kubki i magnesy z Marszałkiem Tito, Muzeum Historii Jugosławii, Stadion Gwiazdy Czerwonej, ulica Gavrilo Principa, a wszystko to okraszone szeregiem ulic z imionami carów, caryc, królów, królowych, książąt i księżnych, ludzi z czasów monarchii, jak i względnego socjalizmu. A na dokładkę Mateczka Rosja w 2015 roku funduje w samym sercu Belgradu, niemal przed Pałacem Prezydenckim pomnik ostatniego cara Rosji, Mikołaja II Romanowa i nie przeszkadza to wcale znajdującemu się w niedalekiej odległości Placowi Republiki, na którym stoi zresztą konny pomnik księcia Michała Obrenovića.
11 lipca 2017 r., Belgrad, wieczór
Autentycznie tutaj jeździ się tak, jak tylko się chce. Serbowie zawracają, gdzie chcą i kiedy chcą, parkują podobnie. Wielkie rondo na Placu Slavija - wjeżdża kto pierwszy ten lepszy i tak samo po nim jeździ, identycznie zjeżdża się z tego ronda, totalna samowolka i wolna amerykanka. Można też jechać mercem z maltańczykiem na kolanach wystawionym przez okno i przejechać na czerwonym świetle, bo przecież nic na takim rondzie na pewno nie wjedzie prosto w nas. Zaskakuje stosunkowo duża liczba bardzo wysokich ludzi. Może tylko mnie rzuciło się to w oczy, ale tylko dzisiaj spotkałem z siedem osób, które spokojnie miały ze dwa metry z hakiem wzrostu. A poza tym, to Serbowie mogliby spokojnie udawać Polaków i żadnej różnicy nikt by nie zauważył. No, chyba że mowa o tych z ciemniejszą karnacją. Zdaje się, że mieszkańcy Belgradu kochają foliowe jednorazówki. W sklepie kobieta przy kasie pakuje od razu wszystkie zakupy do foliówki, choćby była to pojedyncza butelka wody. Mam wrażenie, że z tik takami zrobiliby to samo.
12 lipca 2017 r., Sarajewo
Aby dojechać tutaj na w miarę wczesną godzinę trzeba było zerwać się o szóstej rano z łóżka. W życiu nie sądziłem, że będę kiedykolwiek cieszył się z tego, że termometr wskazuje tylko 27° C. W Polsce już bym umierał jęcząc, że jest przeraźliwie gorąco i żyć nie idzie. Wynajęcie auta przebiegło stosunkowo szybko i sprawnie. Pokręciliśmy się po Belgradzie nim udało się nam opuścić to syfiaste miasto, a kiedy już się to udało, to wpakowaliśmy się na autostradę, z której szybko trzeba było wiać, jeśli chciało się zobaczyć coś więcej niż asfalt i tabuny piratów drogowych. Co ciekawe, serbskie wsie - przynajmniej te w odległości do 50 km od Belgradu, zbudowane nieco na modłę poniemieckich pomorskich wsi w Polsce. Klasyczne ulicówki, domy szczytami ustawione do ulicy, pooddzielane od siebie wysokim murem z furtką, na szczycie domu inicjały budowniczego i rok budowy. Nawet w górach ci szaleńcy jeżdżą tak, jak im się tylko podoba; wyprzedzanie na zakrętach, serpentynach, na ciągłej, podwójnej ciągłej? Proszę bardzo! Tylko na Bałkanach! Wyjeżdża się zza zakrętu i spotyka się na środku szosy stadko krów. Absolutnie wyluzowane krowy nie boją się aut i w głębokim poważaniu mają klaksony - zejdą kiedy będą chciały. Ludzie nie trzymają się zasad, to niby dlaczego krowy mają to robić? :)
Bośnia o wiele piękniejsza od Serbii. Sarajewo pachnie piżmem. O ile Belgrad, to mieszanka zachodu, postkomunistycznego charakteru i miejscami śródziemnomorskiego stylu, o tyle Sarajewo, to taka nieco europejsko-turecka mieszanina.
Jedno co z Belgradem Sarajewo ma wspólnego, to na pewno stopień zaśmiecenia. Zaczynam podejrzewać, że miłość do toreb foliowych kwitnie i w Bośni. Płynąca przez miasto rzeka Miljacka pełna jest torebek foliowych i śmiecia wszelkiego asortymentu, a co ciekawe również pstrągów różnej wielkości. Zastanawiające - jak one tam żyją? Całkiem możliwe, że są już na takim poziomie ewolucji, że żrą te śmieci, plastiki, papier, co tylko popadnie.
13 lipca 2017 r., Sarajewo
Miasto niezmiennie pachnie piżmem, albo po prostu chcę, aby tak było. Wielokulturowość i wielowyznaniowość, którą widać tutaj na każdym kroku, absolutnie zachwyca, sprawia, że człowiek ma poczucie niesamowitego spokoju i pokoju, aż dziwi, że na Bałkanach stosunkowo często mają takie konkretne rozróby. Jest czyściej i spokojniej niż w Belgradzie, ale parkuje się na przykład identycznie. Byle zostawić auto na światłach awaryjnych, to zdaje się, że wówczas jest niewidoczne dla policji. Światła awaryjne załatwiają sprawę na czyimś podjeździe, na wjeździe, ale i częściowo na pasach. Zakazy i nakazy nikogo chyba nie obowiązują. Do meczetu Gazi-husrev Bega powinno wchodzić się w długich spodniach, ale sam kasjer i oprowadzający w jednej osobie stwierdził, że nasze krótkie spodenki są 'o.k'. Wychodzi na to, że Allah się nie obrazi.
Czy biedny to kraj, czy bogaty, trudno stwierdzić. Ale dość powiedzieć, że przed Akademią Sztuk Pięknych mają ławeczkę solarną z wejściem USB. Tadam!
Wszedłem do budki ze starociami. Koniec końców zakupiłem jedną fotografię, która moim zdaniem oddawała dawnego ducha Sarajewa przełomy XIX i XX wieku, jak również oddawać z powodzeniem może i obecnego ducha miasta. A jakże! Do starej fotografii otrzymałem foliówkę!
13 lipca 2017 r., Sarajewo, wieczór
Sarajewo nadal piżmowe. To bardzo urzekające, aż mierzi w nosie. Ale trzeba powiedzieć sobie to wprost - nie jest to miasto dla starych, otyłych, niepełnosprawnych ludzi. Dlaczego? Otóż, zielone światło na przejściu dla pieszych, to ledwo kilka, góra kilkanaście sekund. Staruszek przy Moście Łacińskim był w połowie wąskiej ulicy, kiedy światło zmieniło kolor na czerwony. Czteropasmówki za pierwszym podejściem nie ma szans pokonać.
14 lipca 2017 r., Dubrovnik
Mam dość gór na najbliższe lata. Nie wiem tylko na ile. Krowy po górach na całych Bałkanach łażą, jak tylko chcą i raczej nigdy nie poznały, co to łańcuch. Sprawę załatwia znak drogowy 'uwaga krowy' i pozamiatane, krowy mają się całkiem dobrze. Za to tego lata chyba wyginęły pod kołami wszystkie jeże w Bośni. Co i rusz na drodze widoczne są ich nienaturalnie płaskie ciałka, albo równie nienaturalnie rozdęte. Zależy, na której części drogi jeż leży. Brawury i ułańskiej fantazji, to do mieszkańców Bałkanów Polacy mogliby się uczyć. O ich szaleństwach na drodze świadczy całkiem spora liczba tablic pamiątkowych na poboczach.
14 lipca 2017 r., Dubrovnik
Miasto chyba zamieszkane jest przez samych Polaków. Tak jak w Belgradzie i Sarajewie nie spotkaliśmy ani jednego, tak tutaj co chwilę słyszy się mowę znad Wisły. Stare miasto urokliwe, ale rozczarowuje rozmiarem. Na filmach i fotosach wygląda na znacznie większe. Do starego miasta ze swojej kwatery mamy 2,5 km, niby niedużo. Mieszkamy w takiej dzielnicy, która kiedyś niewątpliwie była osobną wioską i kiedy najeźdźca w dawnych czasach ją atakował i zaczynał wyżynać w pień mieszkańców, to z kolei mieszkańcy Dubrovnika spokojnie zdążyli zapakować się na statki i wypłynąć w morze. No, chyba że najeźdźca atakował również z morza. To klops! Ktoś mi powiedział, że w Chorwacji żyją żółwie. No nie wiem, pewno w Dubrovniku nie ma co ich szukać, ale szukałem po drodze i na drodze, i nigdzie ich nie znalazłem. Może wyginęły pod kołami poprzedniego lata? W końcu żółw nieco wolniejszy od jeża, a i tym nie zostało oszczędzone. Komercja zżera dubrovnicką starówkę. Gra o Tron bierze wszystko! Na każdym kroku sklepiki i stragany z gadżetami z serialu, a miejscowi oferują zagorzałym fanom trasy wycieczkowe po starówce śladami ekipy filmowej.
15 lipca 2017 r., Podgorica
Dotarliśmy do Czarnogóry. Nawet stosunkowo szybko, bo niemal zaraz za Dubrovnikiem spotyka się granicę chorwacko-czarnogórską. Dalej było gorzej, ciągle pod górę i pod górę. Ponownie rzygam górami. W pewnym momencie myślałem, że zarżnąłem auto. Skoda Fabia, dobre auto, ale ze słabiutkim silnikiem. Ciekawostka z trasy - mają tutaj znaki 'uwaga dzikie świnie'. Autentycznie! Sama Podgorica jest brzydka. Mieli dzisiaj jakieś święto narodowe, stąd też ich czerwone flagi z żółtym dwugłowym orłem na środku powiewały na sznurach rozpiętych w poprzek głównych ulic na całej ich długości. Miasto wyglądało trochę, jak stolica dalekowschodniego kraiku. Mieszkańcy Bałkanów kiedyś utoną w morzu foliówek. Zdołaliśmy dzisiaj dowlec się tylko do marketu i tam oczywiście zostaliśmy obdarowani hojnie tym wynalazkiem ludzkości. Dwie foliówki do trzech butelek, po czym pani ekspedientka stwierdziła, że na pewno się urwą, więc zapakował mi całość w trzecią. Cierpię katusze na samą myśl o tym, gdzie potem znaleźć się mogą te foliówki.
16 lipca 2017 r., Podgorica
Byliśmy dzisiaj w Cetyni. Dawna stolica Czarnogóry. Piękne miasteczko. Oddawałem się tam temu, co lubię najbardziej- zwiedzaniu królewskich grobowców. Było zacnie. W sklepie standardowo już dostaliśmy foliówkę, a w małej cerkiewce, w której kupowałem pocztówki, obsługujący nas pan, z braku firmowych torebek, wsadził nam te pocztówki w wymiętolona foliówkę z apteki. A co! Tradycji musi stać się zadość!
Z Cetyni do Budvy. Budva srudwa. Nic specjalnego. Starówka podobnie urokliwa i niemal taka sama, jak w Dubrovniku, jeno o wiele mniejsza. Kąpiel w morzu nie zachwyca, ale cudem jest wydostanie się autobusem z takiej Budvy. Trzy razy zmienialiśmy bilety na różne godziny, bo przecież nikt nie pomyśli o tym, aby sprzedawać tylko taką liczbę biletów, ile jest miejsc w autokarze. W związku z powyższym trzy razy usłyszeliśmy, że nie ma miejsca. Na szczęście w kasie bez szemrania drukują nowe bilety. Odnosi się wrażenie, że chyba niedawno wstawili im tam komputery i drukarki, a oni tak pokochali klikanie, że drukują na potęgę. Ciekaw jestem, jakie mają manka. Chyba nie chcę o tym myśleć. Po powrocie do Podgoricy zainteresowaliśmy się naszą słabiutką Fabią. W dniu przyjazdu powiedziano nam, że trzeba wysłać smsa z numerem rejestracji na podany na znaku informującym o strefie parkowania numer. Tak uczyniliśmy. Powinniśmy dostać potwierdzenie smsem zwrotnym. Nic. Drugi raz. Nic. Dzwonimy na infolinię, a pan informuje nas radośnie, że z zagranicznego numeru tego nie zrobimy, nie ma takiej opcji. To co mamy zrobić? Parkować tam, gdzie stoimy, ale maksymalnie przez trzy godziny. A potem co? Przestawić w inne miejsce? Najlepiej tak. Ruszyliśmy do Biura Informacji Turystycznej, a tam na to pytanie, młody człowiek z uśmiechem na ustach odpowiedział, że nie ma się czym przejmować, nikt nikomu nic nie zrobi, bo tutaj nikt nie wysyła tych smsów i za miejsca nie płaci. Chwilo trwaj!
17 lipca 2017 r., Podgorica
Drugim ulubionym klawiszem, jaki kochają wciskać Czarnogórcy jest chyba klakson. Dźwięk klaksonów słychać niemal non stop i na każdym kroku. Podobnie, jak dźwięk cykad i wielu innych odgłosów miasta, ten dźwięk, gdyby nagle umilkł oznaczałby, że miasto wymarło, takie odnoszę wrażenie. Trąbi każdy na każdego i wszędzie. Wielkie rondo przy Capitol Plaza, jedynym dużym i nowoczesnym budynku w mieście, wewnętrzny pas, a po nim w oplu sunie kobieta. Nagle zauważa po przeciwległej stronie ronda na chodniku znajomego i zaczyna trąbić, jak oszalała. Nie ma znaczenia na co się trąbi i po co, chyba tylko po to, aby użyć klaksona. Dress code w bankach? Zapomnij! Panie na stanowiskach w kwiaciastych sukienkach, bluzkach bez rękawów, panowie w pasiastych polówkach, albo koszulach w kratę. Ludzie stoją w kolejkach tylko pozornie, bo jeśli zauważą, że kolejka obok posuwa się szybciej, to po prostu zmieniają miejsce, ale nie ustawiają się na końcu nowej kolejki, a legalnie i bez krzyków wchodzą w miejsce, które odpowiada staremu miejscu w poprzedniej kolejce. W Polsce NIE-DO-PO-MY-ŚLE-NIA!
18 lipca 2017 r., Belgrad
Ponownie w Belgradzie. Z sercem na dłoni oddawaliśmy Fabiuszkę - czy czasem do czegoś się nie przypną? Ale nie, wszystko było z nią ok. W końcu nie na darmo tak się o nią trząsłem w trasie i na każdym postoju. Zarobiłem przez nią mandat. Jedyne 25 euro, ale jednak. Oczywiście, że przez nią! Słaby silnik, to i bujnąć trzeba. W jednym radiowozie tuż za granicą serbską panowie policjanci wyglądali, jakby spali. Ale nie spali. Jakieś 300 m dalej, odebrawszy sygnał, z nieoznakowanej również skody wysiadł pan policjant i przysolił mandacik za przekroczenie dozwolonej prędkości o 16 km. Zabrał prawko, dokumenty auta, paszport po czym powiedział, że do banku zapłacić mandat mogę jechać autem :) To i pojechałem :) Jak pod górę nie mogła się wturlać, tak na prostej drodze na autostradzie tuż przed Belgradem, kiedy czuła, że jedzie do domu, szła pięknie, 140 km/h, aż sam się zdziwiłem! 1200 km za kółkiem! Nie zrobiłem tyle przez 17 lat odkąd mam prawo jazdy! :)
19 lipca 2017 r., Warszawa
Wszędzie dobrze, ale w ojczyźnie najlepiej. Mimo tego, że w tej ojczyźnie przez te kilkanaście dni aż wrzało i nadal wrze. W końcu wychodzi na to, że tak bardzo znowu od Bałkanów się nie różnimy. Ta sama trącająca wschodem mentalność. Przecież jesteśmy Słowianami, może tylko nieco zniemczonymi, ale nadal Słowianami. Musiałem tylko pokonać lęk przed lataniem i mogłem z wdzięcznością całować niemal polską ziemię. Lubię być w domu. No i z auta przesiadłem się do pociągu! To jest to! :)








Komentarze
Prześlij komentarz