Malwinka contra Excel...
Nieskromnie muszę przyznać, ale
za to przecież zgodnie z prawdą, że mówię stosunkowo wyraźnie, głośno i
poprawnie. Kiedy mówię do kogoś tak, aby to zrozumiał, to mówię na dodatek
wolniej niż zwykle. Zwłaszcza wtedy, kiedy chcę, aby czegoś się nauczył. Ja rozumiem,
że na świecie żyją jeszcze ludzie, którzy nie urodzili się przyrośnięci do
komputerów i telefonów komórkowych – sam do takiego rocznika należę – ale skoro
pracuję już od dłuższego czasu, i nie pracuję fizycznie, to wypadałoby, abym
klawiaturę i budowę programów MS Office ogarniał. Ktoś powie, że nie każdy jest
na tyle sprytny, ogarnięty, etc. Pełna zgoda! Dlatego zaznaczam, że mówię tutaj
wyłącznie o swoich subiektywnych odczuciach.
Uczyniono mnie w tym roku
ArcyExpertem od Excela. Doprawdy, sam nie wiem, jak ja to robię, ale dokonuję
niemalże cudów, bo jednak dwudzieste szkolenie z rzędu, a ja nadal daję radę i
gros osób w sali spogląda na mnie, jak na bożyszcze, które siłą woli tylko jest
w stanie zmusić Excel do współpracy. Takoż sobie tłumaczę ludziom od podstaw,
jak to jest zbudowane, jak działa, czasem oni tłumaczą to mnie, jeśli znajdzie
się fachura, który ogarnia program lepiej, no i wspólnie ten dany nam czas
spędzamy. Zawsze jednak, choćby nie wiem jak wyraźnie i głośno mówić, znajdzie
się taka Malwinka. Malwinka nie jest żadną konkretną jednostką, ale uosobieniem
wszystkich innych Malwinek, czyli osób, które słuchają, a nie słyszą.
Otóż, Malwinka patrzy na
człowieka, koncentruje usilnie na nim wzrok, zdaje się, że słucha, a jednak nie
słyszy. Mówisz do niej:
- Malwinko, komputer zamykamy –
Malwinka kiwa głową, potakuje, a kiedy podchodzisz po szkoleniu do stanowiska
pracy takiej Malwinki, to ze zdumieniem spostrzegasz, że komputer jest w
najlepszym razie wylogowany.
Klaszczesz w dłonie, podnosisz
głos, prosisz o uwagę, Malwinka znowu wpatrzona jest w Ciebie. Instruujesz całą
grupę, jak mają wykonać ćwiczenie i prosisz:
- Najpierw przeczytajcie
polecenie dokładnie, a potem instrukcję do polecenia, która jest bezpośrednio
pod nim i według niej, krok po kroku, rozwiążcie ćwiczenie. – kierujesz wzrok w
stronę Malwinki i upewniasz się, czy usłyszała. Zdaje się, że tak, bo znowu
potakuje głową i nawet odpowiada, że czai bazę. – kiedy chwilę później
przechadzasz się po Sali, podchodzisz do Malwinki, widzisz, jak ta wpatruje się
tępo w monitor i próbuje rozwiązać ćwiczenie bez instrukcji. No, myślę sobie,
brawo za determinację, ale jej to nie wyjdzie. Pytam:
- W czymś jest problem, Malwinko?
- No, bo ja nie wiem, jak to
zrobić – odpowiada Malwinka, a tobie człowieku krew zaczyna burzyć się w
żyłach.
- A instrukcję do ćwiczenia
czytałaś? – dopytujesz.
Kolejne ćwiczenie, kolejna
instrukcja. Aby wszystkim Malwinkom było łatwiej, odpalasz Excela i rzutnik
pokazuje wielgaśny ekran na ścianie. Krok po kroku tłumaczysz Malwinkom, jak
mają to zrobić. Nasza ArcyMalwinka słucha uważnie i zdaje się znowu, że
załapała. Spacer po sali, stanowisko Malwinki, i widzisz, jak szuka na
klawiaturze klawisza F11, bo trzeba wstawić wykres. Pomagasz, a Malwinka
dziękuje. Potem paluchem pokazujesz Malwince, co ma zrobić i ona stara się to
ogarnąć. Dalej nawigujesz Malwinkę po ćwiczeniu, w zasadzie wykonujesz je za
nią, podpowiadasz i mówisz:
- A teraz Malwinko, w zakładce,
którą masz otwartą, kliknij to polecenie XXX. – Malwinka wpatruje się w monitor,
błądzi kursorem po całym ekranie, ze dwa, albo i trzy, do pięciu razy
przejeżdża po odpowiednim poleceniu i nadal go nie widzi, po czym z
rozbrajającym uśmiechem, względnie z lekka irytacją mówi:
- Ale nie ma tutaj takiego
polecenia. – a ty, człowieku, cierpliwie wskazujesz, tłumaczysz i dobijacie
wspólnie do finału, jednak oczyma wyobraźni widzisz, jak twoje dłonie zaciskają
się na szyi Malwinki, bieleją ci kostki, Malwinka purpurowieje, jej oczy
wychodzą nienaturalnie z orbit, język sinieje, wargi nabrzmiewają, tobie w
głowie dzwoni dźwiękiem dzwonów z wawelskiej katedry ostatnie zdanie Malwinki i
patrzysz z lubością, jak z Malwinkowego ciała ulatuje duch. Łapiesz jeszcze
tego ducha i rwiesz go na strzępy, a potem na dokładkę wrzucasz te strzępy w
wentylator dla większego rozdrobnienia.
Ale tak naprawdę, to uśmiechasz się
do Malwinki, chwalisz ją, że świetnie poradziła sobie z tym ćwiczeniem i z
łagodnym pasterskim wyrazem twarzy odchodzisz do kolejnej. Bo tak naprawdę, to
lubisz te wszystkie Malwinki, które przecież podobnie, jak ty, nigdy do końca
Excela nie ogarną J

I w pewnym momencie łapiesz się na tym, że za często wizualizujesz, co byś zrobił takiej Malwince i wówczas koniecznie trzeba zmienić zawód! Czyli np. kupić sobie kozy.
OdpowiedzUsuń